Jon Bellion feat Quincy Jones - Mah's Joint
W 1993 roku do Polski po raz pierwszy przyjechał zespół Green Day. Muzycy razem z członkami zespołu Abaddon spali w opustoszałym lokum w bydgoskim fordonie. Rano punkowcy spakowali swoje instrumenty i busem odjechali w dalszą trasę po Europie. Tak po raz pierwszy do kraju nad Wisłą zawitał nurt zwany kalifornijskim punkiem. Czyli coś co rozbrzmiewa w pierwszych 30 sekundach Mah's Joint feat. Quincy Jones, Jon’a Belliona.
I niewątpliwie słychać tu liczne inspiracje muzyką powstającą za Atlantykiem.
Muzyka jednak to nie jest punk, ani inne jego odmiany. Jest to muzyka producencka. Czuć w niej amerykańskiego ducha. Od prostych monodeklaracji przechodzimy do świata miliona dźwięków. Jest czas na syntezę głosu, jest czas na cyrkowe formy muzyczne. Jon Belion na przestrzeni ośmiu minut upchnął swój cały świat muzyczny. Powstał groteskowy twór który . Jednak mimo stworzenia tygla multikulturowego słychać w nim pewną spójność. To świadczy o jego talencie producenckim. Muzyka osiągnęła kolejny poziom.
Rozstrzał, który jawi się w utworze nie przekłada się na wartość artystyczną. Jest to numer prezentujący popkulturę, gdyby trwał dwie minuty słuchacz nic by nie stracił. Wydłużenie utworu to raczej ukazywanie magicznych sztuczek z kapelusza czarodzieja aniżeli wskazywanie artyzmu. Jednak to, nie należy negować tej twórczości. Jest to forma charakterystyczna dla rzemieślnika, a nim jest Jon Bellion. To osiem minut skrajnie różnych, ale cały czas harmonicznych, melodyjnych - i o dziwo - w tym całym natłoku nad wyraz przewidywalne. Brzmi to niczym muzyka do współczesnego filmu musicalowego. W tym wszystkim rodzi się pytania: czy to jest przerost formy nad treścią? Bez dwóch zdań to właśnie owa forma staje się aspektem nadrzędnym, nadaje rytm, utrzymuje utwór w konwencji.
Komentarze
Prześlij komentarz